niedziela, 8 listopada 2015

"Kimse ucun her sey demek - Nikt nie może nic powiedzieć !"

Witam serdecznie.
Niedzielny spokojny dzień,
Obudziłem się z śpiączki. Wczoraj wcześnie padłem ,dzisiaj dopiero co wstałem nie dawno.
Miłego czytania moi drodzy.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Całe ciało moje było jak galareta. Nigdy nie doświadczyłem takiego strachu.
Jednak wiedziałem , że jeżeli czegoś nie zrobię zginiemy wszyscy.
*Opanuj się*

Nie mogłem się ruszyć, zamurowało mnie. A uczucie to powiększyło się w momencie gdy zza rogu dojrzałem powoli wyłaniającą się postać.
Z tego zamyślenia obudził mnie głos Yangina.

- Na litość mistrza Xilaskara złap za mój miecz i walcz ! Obyś to zakończył szybko, bo sam nie wyciągnę Iv.

Rozejrzałem się po podłożu w jaskini i dojrzałem miecz  leżący w swojej pochwie jakieś kilka kroków odemnie.
*Czemu tak daleko, w kierunku wyjścia*

Ruszyłem z całych sił w nogach aby do niego dobiec. Nie wyglądało to jakbym szybko biegł.
*Yangin niech Cię i te Twoje flakoniki*

- Yangin jestem spowolniony, jak to zdjąć ?!
- Zapomniałem ! Mija samo po jakimś czasie, no chyba że znasz się na czarach rozporszenia.

*Pewnie, chciałbym się właśnie rozproszyć*

Nie miałem nic, żeby się bronić. Byłem spowolniony
*Nie zdąże*

W korytarzu jaskini pojawiła się postać wielkiego Cekita.
Pierwszy raz byłem w stanie dojrzeć jego oblicze oprócz tych parszywych twardych jak kamień rąk.
Było ogromny, ledwo co mieścił się w przejściu będąc skulonym. Jakbym miał przeliczać na metry to jakieś 2,5 do 3 metrów wysokości.
Stojąc był jak 3 drzwiowa szafa, ogromny wielki Cekit. 
*Ja mam zakończyć to szybko ? Prędzej on mnie*

Nie miał na sobie nic, oprócz jednej wielkiej opaski na ramieniu z kolcem wystającym na zewnątrz. Na który był nabity wielki młot z otworem w obuchu.
Młot przepięknie ślnił, był wykonany raczej ze szlachetnego metalu a pierścien w dziurze na kolec był wykonana ze złota.
Natomiast zaś ciało Cekita to istny kamień. Całe skamieniałe ciało było twardą zbroją. Nie wiem czy miał jakiś słaby punkt.

*Udało się* 
Dobiegłem do miecza.
- Yangin !! Ile on waży ?

Nie mogłem go podnieść za żadne skarby.

- 15 kilogramów. Nie mów , że to za dużo dla Ciebie.

*Nie czas na dyskusje, skup się*

- Iv jakiś pomysł ?
- Nie waż się teraz odezwać !!
- Wiem , dobry pomysł. "Kimse ucun her sey demek" !!

Nagle Yangin zaczął błyszczeć niebieskim światłem.
Ujrzałem jego prześwitującą postać wychodzącą z jego ciała. Podbiegł do mnie i zniknął. Poczułem dziwną energię w ciele.
Jedną ręką podniosłem miecz.
*Już chciałem coś powiedzieć, ale przypomniałem sobie słowa Iv*

Czułem się gotowy do walki.

Wielki Cekit, ściągnął młot z wielkiego ramienia. I zaczął nim swobodnie kręcić w prawej ręce.
Wyglądał pewnie siebie, stałem przed nim jak jakaś mała pchła z mieczem jak wykałaczka dla niego.

*Tylko co teraz, nic się nie dzieje. Yangin mnie nie pokieruje ? Nie może się odzywać !!*

Ja nie znam się na walce, teraz mam siłę by machać mieczem bez sensu.
Ale to nic nie pomoże.

Wymierzyłem kilka machnięć w Cekita, oczywiście bez najmniejszego oporu odbił moje uderzenia swoim młotem.
A siłą tych odbić mogłby mną zakręcić gdybym się nie zaparł nogami.

Nagle dojrzałem młot zbliżający się w moją stronę. Ustawiłem się w pozycji do odparcia ataku. Zaparłem , złapałem ostrze miecza jedną ręką, drugą zaś trzymałem mocno rękojeść. Wymierzyłem by młot uderzył pomiędzy. Zamknąłem oczy wierzęc,że jakimś cudem się uda.
Uderzenie odepchnęło mnie na ścianę, ale nic mi nie jest.
*Ja żyję*

Zacząłem powoli odczuwać , szybsze tętno. Ciało moje odzyskało naturalna szybkość.
Cekit zamachnął się raz jeszcze celując we mnie, ściana roprysła się nademną.
Zdążyłem się schylić aby uniknąć urwiania głowy.
Nie mogę z nim tak walczyć, stoi kawałek odemnie. Nie rusza się zanadto, a i tak mnie sięga.
*Myśl myśl*

Muszę wejść w głąb jaskini, będzie musiał się skulić bardziej , przez co jego ruchy jeszcze się ograniczą.
Wyczołgałem się spod młota i odbiegłem o parę kroków nad przepaścią. Obok mnie nie daleko leżał Yangin trzymający Iv
Widziałem po jego skroniach ,że długo nie wytrzyma.

Cekit wszedł głębiej żeby mnie dorwać, tutaj jeszcze bardziej musiałbyć skulony. Wejście było wąskie, chociaż i tak ryzykowałem.
Gdyż parę jego kroków dalej, mógłby się swobodnie wyprostwać.

*Co teraz... mam plan*

Spojrzałem na Cekita stojącego w miarę prosto w wąskim przejściu, jedyne co było zgięte to jego górna część ciała.
W istocie Cekici nie należą do inteligentnych, spokojnie bym się mógł przemknąć pod jego nogami za plecy a wtedy zadać jakiś cios.
Długo się nie zastanawiałem rozpędziłem się, Cekit machnął młotem w moją stronę, zrobiłem wślizg i przetoczyłem się pod młotem wprost pod jego nogi.
Przebiegłem skulony pod potworem, odwórciłem się i uderzyłem z całej siły w wielki zalkinowany zadek.
Miecz odbił się od Cekita, nie robiąc mu nic.

*Znowu nie po myśli*
Cekit próbował się odwrócić ale nie musiałem się o to martwić. Nie da rady.

Wymierzyłem kolejny cios w tył uda. Również nic. Miecz o mało co odskakując od tej istnej skały o mało co by nie odrąbał mojej własnej głowy.
Upadłem na ziemię. Moje ciosy są za słabe.

*W tej chwili sobie przypomniałem, Cekit który zginął niedaleko co musiał mieć przestrzelone gardło gdyż jego głos ucichł.
 Tylko jak ja mam trafić w gardło albo szyję, ona akurat jest po drugiej stronie gdzie mały młot biega po całej wolnej przestrzeni próbując mnie zabić*

Wymierzyłem cios w zgięcie nogi, lecz tym razem nie uderzałem ostrzem z boku. Tylko pchnąłem z całej siły. Ostrze przebiło się na wylot przez kolano.
Cekit upadł na jedną nogę. 
*To był dobry pomysł*

Wyciągnąłem ostrze i wymierzyłem w drugą nogę. Cekit upadł przed siebie wpadając tym do jaskini gdzie miał wolną przestrzeń do walki.
Miałem tylko nadzieję , że po tych dwóch ciosach już nie wstanie na nogi.
Nie tracąc chwili podbiegłem wyciągnąć miecz z nogi. Stanąłem na jego grzbiecie wycelowałem w kark i pchnąłem z całej siły.
W jaskini rozległ się potężny krzyk Cekita. Przerażający wręcz, odpadłem z sił.

- Dobrze !! Teraz Nas wyciągnij.

*Zaklęcie zostało przerwane ?*

Ruszyłem na pomoc Yanginowi , złapałem za nogi i moim słabym zmęczonym ciałem próbowałem go wciągnąć w głąb jaskini.
Powoli wyłaniała się postać Iv.
Po chwili byliśmy wszyscy już na równych nogach.

Yangin poklepał mnie po plecach, po czym wyciągnął swój miecz z karku Cekita

- Dobra robota. Musimy teraz stąd uciekać.
- Wybierz swoją nację
- Nie chcę, jeszcze nie pora. Słyszałaś Yangina musimy uciekać.

Ruszyliśmy do wyjścia z jaskini.

sobota, 7 listopada 2015

"Głębia nowego świata"

Witam serdecznie.
W dzisiejszym dniu udajemy się do rozdziału tadam.
Tadam tadam. Przepraszam za blędy, łeb mi rozsadza.
Miłego czytania :)

----------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział II

Maszerowaliśmy chwilę w ciszy przez las , aż do Kamiennej bramy.
Tam gdzie rozegrała się tragedia dla Yangina i Qurban.
To miejsce budzi mój lęk i obrzydzenie.
Jednak ważniejsze było to , jak to jest możliwe.

- Iv ? Jak to możliwe ?

Gdy Ivrel ściągnęła kaptur, przed mymi oczyma ujrzałem. Srebno-niebieski kęp włosów opiewający jakby kamienisty monument.
Nie widziałem oczu, nosa, ust.
*Jak ja nie mogę dojrzeć jej twarzy*
Wyobrażałem sobie jej twarz, jak u pięknej młodej kobiety z kilkoma nieznacznymi bliznami nie ujmującymi ani kszty urody, a pokazującymi jej ostry charakter.
I tylko czekałem, kiedy będę mógł ujrzeć jej przecudne oblicze.
*A tu kolejna niespodzianka*

- Nie możesz nie mieć twarzy !! Przecież masz imię. Masz zdolności, wilki... Potrafisz się zamieniać w nie, jak to jest możliwe.

Wykrzyczałem to prawie na jednym tchu, Ivrel obróciła się w moim kierunku, założyła spowrotem kaptur na głowę.

- Nie wybrałam życia, które mogę przywrócić, ani nacji do której mogłabym dołączyć. Tułam się po tym świecie kilkadziesiąt lat będąc przynętą i ostatnią nadzieją na cudze życie. Wielokrotnie atakowana przez to by ktoś mógł tak od siebie kogoś wskrzesić.
Myślisz ,że to takie proste ? Brzemię jakie noszę...To wszystko to za duży ciężar dla mnie. To moja wina, zastanawiam się czemu nie pozwoliłam im...

- To skąd znasz swoje imię ?

- Qurban mi je nadała. Jej przeniliwy wzrok gdy ostatni raz ją widziałam.
  Przyniosła do mnie myśl, tak mocną. Nie wiem czy to było wspomnienie z realnego świata czy nie.
  Zabrzmiało w mojej głowie.
  - Powodzenia Ivrel
  a teraz musisz mi pomóc. Zdecydowałam. Gdy będziesz wybierał swoją przynależność, ja udam się w przepaść a gdy to nastąpi wskrzesisz Qurban.

- Ja...Ja nie wiem czy potrafię.
  Nie ma innego sposobu ?

Ivrel ucichła. Weszła pierwsza do jaskini ja zaraz za nią.
Atmosfera zrobiła się nagle taka ciężka, mimo że nie widziałem jej oczu. Czułem jak w jej prawdziwym obliczu spływają łzy na policzkach.
Poczucie odpowiedzialności za to co się stało , tyle lat spoczywało na niej.
Podjęła decyzję zaryzykować swoim życiem ,aby wskrzesić w końcu Qurban.
*Tylko dlaczego Yangin jej do tego wtedy nie zmusił, czyżby wspólny trening o którym wspominała Iv, aż tak go zmienił ?*

- Teraz nie trać czasu, zanim nas ktoś znajdzie. Podejdź do monumentu, poczuj tą energię i wybierz swoje przeznaczenie.

Ruszyłem w kierunku tego monumentu, lecz moje nogi stały się ociężałe. Nie chciałem tam iść, nie czułem potrzeby wybierać.
Ale musiałem coś zrobić.
*Tylko co ? A jeśli skoczy, to znowu jej życie pójdzie na darmo jeśli nie wybiorę. Jeśli zaś wybiorę i wskrzeszę Qurban to czy będzie z tego zadowolona ?*

Przejmowałem się losem osób, który był mi nie znany, powinien być obojętny wręcz ze względu na czas. Lata, które dzielą to wydarzenie są tak odległe, a mimo to...
*Nawet mnie boli ta sytuacja*

Gdy podszedłem do monumentu, widziałem Ivrel wychodzącą na przeciw przepaści. Zbliżającą się krok za krokiem do olbrzymiej czarnej bestii.
Schowanej w jakieś pustej, smutnej i bolesnej odchłani.
Nie widziałem co zrobić.
Ivrel była już tylko o krok.

- Iv !! czekaj !!

Ivrel odwróciła się w moim kierunku. Ta przepaść za jej plecami aż wołałą o jej ciało.

- W idealnym momencie !

Zrobiła krok w tył , nagle poczułem zwolnienie czasu.
Dopiero teraz gdy moją uwagę rozporszył znajomy głos. Dostrzegłem ,że pod naszymi nogami leży pęknięty flakonik.
Kątem oka dojrzałem odbijające się jasne światło płomieni na ścianie.
*Za późno...*
Ivrel powoli znikała za krawędzią otchłani.
Poczułem powiew wiatru i dojrzałem płonące włosy na wysokości mojego położenia.

*Yangin?*

Rozpędzony wpadł do jaskini, gdy mój krzyk zmusił Ivrel do odwrócenia się, wrzucił pewnie tutaj swoją jakąś magiczną mikstrurę.
Przez co czas naprawdę prawie że stanął w miejscu.
Jego włosy falowały , widziałem jak jedną ręką odpina swój miecz z pleców.
Dźwięk upadającego ostrza odbił się echem po całej jaskini, a on znów znacznie przyśpieszył.
Zrobił szeroki krok i wyskoczył do przodu, Ivrel już zniknęla za krawędzią tej potwornej dziury.
Jednak Yangin się nie poddał wyciągnął daleko ręce i sięgnął jakby w ostatniej chwili chwytając Iv.

*Jaka ulga*
- Nie pozwolę Ci na to Iv

Yangin trzymał Ivrel wisząc kawałkiem ciała tuż nad przepaścią.

Zrozpaczonym głosem 
- Yangin
- Nie bądź głupia, to było dawno. Muszę Cię teraz tylko stąd wyciągnąć.

Wszyscy troje chyba odetchnęliśmy z ulgą.
Aż do momentu gdy w jaskini odbiło się tylko echo czyjegoś głosu.

- Sprawdź jaskinie głąbie, może tam się ukryli.

*Znam ten głos. To Cekici !. Co teraz ? 

Kiepska sytuacja do jaskini zaraz wejdzie uzbrojony Cekit, a Yangin wisi nad przepaścią trzymając Iv.

- Co ja mam zrobić ?

piątek, 6 listopada 2015

"Koniec czy początek"

Witam serdecznie, przepraszam za opóźnienia.
I za ten ciężki rozdział, przed dział rozdziału i rodzialiku.
Bez składu ładu i liku.
Pozdrawiam, miłego czytania.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

Przebyliśmy kawał drogi przez las.
*Nie myślałem ,że wilk jest szybszy od wierzchowca*
Ivrel widziała moje zamyślenie.

- Proszę, mów mi Iv.
- Iv ? Myślałem ,że Ivrel
- Iv dla przyjaciół. Nie traktuj mnie inaczej.

Ta strona lasu wydawała się bardziej spokojna. więcej kolorów odbijało się w prześwitach strumieni światła.
Wiedziałem, że to miejsce mimo niebezpieczeństw ma swój urok.
Ocknąłem się, gdy ujrzałem miejsce podobne przestrzenią do tego gdzie przed chwilą byłem...
*Właśnie, czym ja byłem ? Więźniem, kompanem w drodze, skarbem na sprzedaż ?
Me myśli krążyły ciągle w okół postaci, która porwała mnie, a potem stanęła w mojej obronie.

- Iv , skąd znasz Yangina ?
- Długa historia, ale wiesz...
  Nie zapowiada się, żeby nam zabrakło czasu więc opowiem Ci główną jej część, 
  przy okazji słuchaj uważnie, bo właśnie udajemy się w to miejsce gdzie sama musiałam kiedyś stanąć.

***

Byłam taka jak Ty...
Pojawiłam się w lesie, przy kamiennej bramie do jaskini, która rozbrzmiewała różnego rodzaju odgłosami.
Niebiesko-zielone zgniłe światło wychodziło z niej na powierzchnię.
Stałam tam nie wiedząc dokładnie co zrobić, nie wiedząć gdzie jestem i kim jestem.
Aż pojawił się On i nieszczęsna Ona.

- Witaj jestem Yangin, a to moja partnerka Qurban. Chcielibyśmy Cię powitać w Twym nowy świecie.
  Proszę nie kłopocz się o podanie swojego imienia, każdy tak ma. Twoje imię będzie Ci nadane.

- Poprowadzimy Cię do strumienia życia i śmie...

Yangin szarpnął Qurban za rękę, aby nie dokończyła zdania.

- Nie zanudzaj Naszego przybysza. Proszę chodź z nami.
  Pokażemy Ci wszystko.

Weszłam do jaskini za nimi, mimo iż wydawało się, że niebiesko-zielono zgniłe światło nie może dawać ciepła.
Dawało je i to jeszcze z jaką mocą. Oczy przyzwyczaiły się momentalnie do półmroku w jaskini.
Mimo to ,że światło nie było mocne, wszędzie można było widzieć rozbłyskujące kolory błyszczących diamentów.
A na końcu nie długiego korytarza, widać było początek strumienia.
Dziwne, że... Nie szumiał.
Gdy podeszliśmy dopiero ujrzałam ,że stoi w miejscu.
Strumień dla którego zatrzymał się czas.
Na samym środku niewielkiego strumienia, którzy wypływał z ściany i kończył się otchłani przepaści z której spływał jak wodospad.
Stał mały monument, a na nim wyryte 9 znaków.

- To jest komnata przeznaczenia, tutaj płynie strumień życia.
  Strumień ten nadaje imię i twarz. Z pośród tych wszystkich znaków wybierzesz tylko jeden.
  Wtedy staniesz się pełnoprawnym członkiem Naszej społeczności. 9 znaków symbolizuje - 9 nacji.

Yangin wskazując po kolei każdy znak.
- Sagri -     Lód Jaszczurzy
- Cekici - Olbrzymy Zniewalający
- Insani - Ludzie
- Meseni - Leśne stworzenia
- Kolgeni - Cienie
- Narahaci - Nieumarli
- Cadugerzy -     Magowie
- Azadlici - Wolni
- Ucan atli - Latający Jeźdzcy.

- Wybór należy do Ciebie

Miałam przeczucie, że to nie wszystko.
Qurban wyglądała na strasznie zdenerwowaną.
Szepcząc po cichu z pretensjami do Yangina.

- Yangin, powiedz jej prawdę. Ja tak nie mogę.

Płomień pobladł w jego oczach.

- Qurban, wiesz jak to dla Nas ważne. Nie musi o wszystkim wiedzieć, może zdecyduje jak należy. Nie musimy jej zabijać
  A może sama...Skoczy i będziemy mogli przywrócić jedno życie.
  Pomyśl o Naszym dziecku.

- Nie !! Ja tak nie chcę. Nie możemy jej zabić !! Nie przywrócę Naszej córce życia ,niewinną istotą.

Usłyszałam to i poczułam strach. Mój wybór był jak ruletka. Tylko z przykrym finałem.
Więc to tak, miałam być pokarmem. Więc życie za życie, jednak nie miałam szans się z tamtąd wydostać.
Yangin stał mi na drodze, ucieczka skończyła by się śmiercią.

-Qurban Odsuń się !!

Qurban ustąpiła z drogi, Yangin wyciągnął swój wielki miecz i ruszył w moim kierunku.

- Albo zrobisz to co Ci każę, albo umrzesz bez powodu. Gdy skoczysz, będziesz miała szansę się odrodzić w innym wcieleniu.

Włosy stanęły mi dęba, nie wiedziałam co zrobić.
Nagle Qurban skoczyła Yanginowi na plecy i zaczęła okładać pięściami po głowie.

- Nie rób tego !!

Yangin obrócił się kilka razy, nie wiedząc nawet jak blisko zbliża się do krawędzi. I odepchnął Qurban z swych pleców.
Stanęła na krawędzi, ja stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co zrobić.
Qurban straciła równowagę i zaczęła się przechylać do tyłu. Niebezpiecznie balansowała na krawędzi głębokiego i szerokiego dołu.
Zanim Yangin zrozumiał jak potoczyła się ta cała sytuacja było za późno. Qurban rozpaczliwym wzrokiem spojrzała na mnie i nagle zniknęła z Naszego widoku.

Potem już tylko było gorzej...
***

- Iv ? Dobrze się czujesz.
- Tak, te wspomnienia bolą. Potem Yangin obiecał mi , że będzie mnie trenować przez 10 lat, a w zamian za to albo wypowiem życzenie, które poświęciła dla mnie Qurban, albo   znajdziemy kogoś kogo się poświęci.
  Tak działa strumień życia i śmierci. Wybierasz życie, dostajesz własną twarz i imię, wybierasz śmierć, wracasz czyjeś życie. Tylko tą możliwość nadwyrężono za dużo razy. Były osoby , które nie chciały żyć w tym świecie więc same wybierały śmierć. Potem było Was coraz mniej, od kilku lat, nie widzieliśmy nikogo oprócz Ciebie.
- Teraz mówiąc mi to wszystko , myślisz... W ogóle co Ty myślisz, że pójdę z Tobą, nie wiem czy mnie nie zrzucisz.
- Jesteśmy na miejscu, teraz musimy zejść schodami na dół. Wiem , że nie masz powodów , żeby mi ufać. Ale imię Qurban znaczyło "Ofiara" , zwrócę jej życie, ale na pewno nie w ten sposób...

Ivrel złapała za kaptur i ściągnęła go z głowy.
Doznałem szoku. Nie wiedziałem co myśleć...

czwartek, 5 listopada 2015

"Wróg czy przyjaciel"

Witam serdecznie, przepraszam za opóźnienia.
Mam dla Was również niespodziankę, kolejny epizod będzie.
Tylko i wyłącznie o Waszym ulubieńcu :) Yanginie.

Pozdrawiam, Miłego czytania.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Stałem z otwartymi ustami, wpatrując się w Yangina.
*Jak to możliwe, że on dał się podejść*

Yangin spokojnym głosem, nie odwracając się odpowiedział.

- Witaj Ivrel, spodziewałem się Ciebie.
- Nic się nie zmieniłeś od tego czasu.
- Dobrze mi z tym, przez moje upośledzenia i wady. Uratuję przynajmniej jedno życie.
- A jedno stracisz, chociaż tego nigdy nie wiadomo, co zamierzasz teraz zrobić?

Bałem się odwrócić, stałem jak zamurowany. Wiedziałem ,że zaraz rozpocznie się coś czego nic nie powstrzyma.
*Co teraz ? Nie mam szans uciec. W szachach mówi się pat.*

Yangin szybkim ruchem obrócił się do Ivrel. Jedną ręką wyciągnął z lewej kieszeni swej tuniki, biały flakonik. Drugą zaś sięgnął po półtoraręczny wielki miecz zza pleców.
Dźwięk wychylającego się z swej siedziby miecza, zadzwonił w mych uszach. Brzmiał jak groźna bestia.
*Widać , nie odda mnie bez walki*

- Nie tym razem, Yangin.

Starałem się nadążyć nad sytuacją. Usłyszałem szelest liści.
Nie zdążyłem się obrócić by sprawdzić co to było, a przed Yanginem stanęły dwa kolosalne wilki.
*Nie przyszła sama*

- Ivrel oszukujesz. Myślałem ,że staniesz w końcu do walki.
- Nie mam czasu na zabawę, na przyjemności jeszcze przyjdzie czas.
- Znowu te Twoje bla bla o legendach ? Właśnie dlatego odszedłem z watahy. Jesteś ślepa.

Skierowała słowa do mnie.

- Nie bój się, nie Jesteś moim więźniem. 

Poczułem ciepły ton jej głosu w chwili gdy to powiedziała. Jakaś energia pchnęła mnie bym się obrócił.
*To ona*

- To Ciebie widziałem na śnieżnej drodze.
- Tak, dokładnie. 
  Wiem , że nie rozumiesz wiele rzeczy z tego ,ale pozwól mi wszystko pokazać.

Nie mogłem się oprzeć , chciałem iść za Nią. Chociażbym miał skonać po drodze.
Miałem wrażenie, że to Ona wszystko zapoczątkowała i tylko Wilczyca jest w stanie doprowadzić to do końca.
Teraz miałem lepszą okazję się jej przyjrzeć.
Dalej ta sama tajemnicza postać w kapturze. Jedynie co zdawało się być ukryte, a jednak dość widoczne.
To przenikliwe czerwono-złote spojrzenie. Tym razem dojrzałem nawet srebno-niebieski kolor długich , pięknych lekko lokowanych włosów.
Po za tym, wszystko na czarno. Czarne buty, spodnie, tunika,a nawet płaszcz. Istny cień.
*Pewnie gdzieś pod tą czernią chowa swój śmiercionośny kieł,
 Może się ukryć wszędzie w ciemnym lesie. Nic dziwnego , że Nas podeszła z taką łatwością*

Zeskoczyła z kamienia i powolnym krokiem ruszyła w moją stronę.
Wyciągnęła niewielkich rozmiarów sztylet.

- Chyba nie chcesz mnie zabić ?
- Chciałabym , ale na to przyjdzie czas.
  Ten sztylet jest dla Ciebie, żebyś mógł się bronić. Weź go.
- Ja... Ja nie umiem. Zresztą przed czym.

Nagle zatrzęsła się ziemia.

- Dobra gołąbeczki, musicie ruszać. Ja ich zatrzymam.

*Co !? Kogo, zatrzymać ?*

Wilczyca wyciągnęła rękę, złapała mnie za głowę i szarpnęła tak mocno ,że aż upadłem na ziemię.
Nad moją głową przeleciała strzała. A potem kolejna i jeszcze dwie roztrzaskując się gdzieś w lesie.

Podniosłem lekko głowę od ziemi i spojrzałem na Yangina.

Rzucił biały flakonik w ziemię i nagle wszędzie w okół zaczął się rozprowadzać biały dym.
*Yangin i jego sztuczki*

- Uciekajcie !!

Wilczyca zagwizdała, podciągnęła mnie z ziemi. 
W tym czasie podbiegła jej dwójka wilczych kompanów.
Wrzuciła mnie na jednego i skinęła głową.
Sama wsiadła na drugiego i ruszyliśmy w głąb lasu.

środa, 4 listopada 2015

"Niefortunny czas"

Witam serdecznie moich drogich czytaczy.

Na usprawiedliwienie nie mam nic, wrzucam następny kąsek.
Wybaczcie, wiem że już szykujecie dla mnie szubienice
Ale też będę niewidoczny.

Jeżeli jutro będzie mój wpis później to przepraszam ,dużo pracy w pracy.
I moi drodzy lekki spojler :P Zbliżamy się do rozpoczęcia "Rozdziału II"

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zostałem brutalnie obudzony, Yangin stał na wprost mnie z wiadrem pełnym jakiegoś płynu z szyderczym uśmiechem na twarzy.

- Ejj , czemu mnie lejesz wodą.
- To nie woda, śpiąca królewno. Wstawaj musimy ruszać, nie każ mi używać siły, a tak przy okazji to mocz "Ucan necis", nie pytaj spotkasz pewnie.
- Fuuuu, po co to ?
- Żebyś był niewidzialny

Rozciął więzy na moich dłoniach, w końcu poczułem wolność dłoni. Pierwszy raz od momentu spotkania z Cekitami.

- Zapomniałem prawie jak nimi poruszać. W ogóle Yangin, co Ty z tego masz ?
- I tak nie zrozumiesz, na codzień żyjesz w materialnym świecie. Tutaj liczy się wolność duszy.
  A ja już straciłem za dużo czasu, nie wiem czy w ogóle się orientujesz , że minął już prawie tydzień.

- Co ?!!!

Nagle odlepiłem się od tego kamienia przy którym siedziałem. Wstałem szybko na nogi.
*To już prawie tydzień, gdzie on minął... W sumie... Ciekawe ile spałem podczas wszystkich moich omdleń
 No tak i Sherlock rozwiązał sprawę*

- Yangin, daleka podróż Nas czeka ?
- Tak 

Wskazał palcem w stronę wielkiej góry wystającej ponad drzewa.
*Jaki nieudacznik ze mnie, poddałem się już czy jak.
Jestem w obcym świecie, na obcych brutalnych zasadach.
W zasadzie nawet nie jestem w stanie określić gdzie jestem i gdzie byłem.
Nie powiem ,że to przez moje omdlenia... Ale ucieka mi wiele szczegółów, a nawet ogółów
A o przeciwstawieniu się, już nie wspomnę.*

Po chwili wskazał na kociołek stojący na ognisku.

- Pożyw się, przyda Ci się siła... Żeby uciekać w ostateczności.

Długo nie zastanawiałem się nad tym co do mnie powiedział Yangin.
Ruszyłem w stronę kociołka i jak nienażarte zwierzę rzuciłem się na strawę.
Smakiem nie dorównywało niczemu co w realnym świecie spożywałem, ale mimo tego jadłem z apetytem.
Pewnie dlatego , że nie jadłem od prawie tygodnia.
Wyglądem przypominało gulasz wołowy, ale bałem się zapytać Yangina co to jest.

Chrupiąc ostatnie kawałki mojego posiłku zacząłem przyglądać się okolicy.
W około na pierwszy rzut oka nie widać było niczego innego niż ciemny las, kocioł na środku wąskiego pustego pola.
Za moimi plecami kamień przy którym przedrzemałem kilka dni, mój osobisty lekarz ran.
Nie dojrzałem chyba do zrozumienia tego świata.
Musiałem na prawdę wlepić wzrok w drzewa, żeby zobaczyć piękne żółtobłękitne kwiaty, które rozrastały się w około korzeni.
Na większości drzew wisiały kolorowe przypominające gniazda pęki gałęzi.
Trawa na której siedziałem była zielona miękka i puszysta, nawet żołty piach i szarozielone kamienie przy kociołku były delikatne.
*Nie taki straszny ten las jak go widziałem na początku*

Stojący plecami do mnie Yangin, nagle wyciągnął swoje ostrze z pochwy. Stanął w pozycji bojowej.
Gwałtownie rozglądając się na boki jakby szukał kogoś za drzewami.

Ja natomiast, prawie się udławiłem kawałkiem mięsa w tym czasie.
Gdy za swoimi plecami usłyszałem głos. I poczułem znajome ciepło.

- Yangin jak zwykle za późno... Nie ukryjesz się już.

wtorek, 3 listopada 2015

"Ogniu pytań"

Witam serdecznie.

Kolejny dzień jak i dla mnie w nowym świecie, czy równie bolesny ?
Pewnie nie, dla Was może owszem. Dzisiaj zwalniamy akcję, a wkładały odrobinę wiedzy.
Miłego czytania.

P.s Pytanie , czy te kolorwy Was nie irytują ?

------------------------------------------------------------------------------------------

Obudziłem się.
*Ehh , moje ciało. Jak boli.*

- Obudziłeś się w końcu.

Uniosłem wzrok w kierunku dochodzącego głosu.

Zobaczyłem przed swoim obliczem. Postać chudą i średniej wysokości, układającą kopiec z drewna.
W ciężkich bojowchych butach z metalowymi kolcami na kostkach.
Jego ciemno-zielony strój : Spodnie napchane do pasa, dziesiątkami kieszeni. 
Wychylające się z nich różnego rodzaju kule, ostrza i sztylety.
Ciemno-zielona tunika z odkrytymi ramionami z grubym pasem przechodzącym od prawego ramienia do lewego boku.
Prawdopodobnie to część przypiętej pochwy, z której aż nad jego głowę wystaje ogromna rękojeść miecza, a druga jego część
w dodatku jeszcze zakrawiona zadziera o ziemię.
*Jak on to potrafi unieść*

- Muszę Ci pogratulować nadal żyjesz, nie sądziłem, że ktoś kto nie ma twarzy może być tak twardy.

W tym momencie skupiłem wzrok na jego obliczu.
*To niemożliwe*

Jego twarz nie różniła się niczym innym od ludzkiej
Po za tym że...
jego włosy i oczy płonęły żywym ogniem.
*Gdzie ja jestem, to jakiś sen*

- Zdziwiony ?

Chciałbym widzieć mój żenujący wyraz twarzy, skoro tak łatwo było rozpoznać moje uczucia.

- Wybacz proszę moje nieokrzesanie, za dużo czasu spędzam z Cekitami. Nazywam się Yangin.
- Ja... Ja jestem... Nie pamiętam ! 
- Nie kłopocz się z przypomnieniem imienia, ponieważ go nie masz.
- Jak to ?
- Długa historia, jak dożyjesz to się dowiesz.
- A powiesz mi przynajmniej gdzie ja jestem i co się stało ?
  Ostatnie co pamiętam to przeszywający ból skroni i oślepiający blask światła, uciekaliśmy gdzieś, a   raczej byłem porwany do ucieczki*

Yangin wstał od kopca drewna, wyciągnął rękę , pomamrotał coś pod nosem
I nagle z jego dłoni prysły iskry, które rozpaliły ogień.
Podszedł w moją stronę i usiadł o długość ręki na kamieniu obok mnie.
Ja siedziałem oparty pod drzewem. Dopiero teraz sobie to uświadomiłem, że jestem poważnie ranny.

- Opowiem Ci, krótko co się stało.
- Jestem Yangin - "Ogień", łowca twarzy. Pracuję jako najemnik dla Cekitów - "Zniewalających"
tacy jak Ty, to prawdziwe bogactwo w tym świecie, można Was sprzedać każdej nacji. Jesteście na prawdę wiele warci, no i...
Za to warto zabić.
Zostaliśmy zaatakowani przez jeźdźców Sagri - "Jaszczury"
Dostałem rozkaz odstawić Cię do bazy.
- Co z Cekitami ?
Zapytałem doskonale wiedząc.
- Cekici są prawdopodobnie martwi, Jeźdźcy Sagri to szybcy , zwinni wojownicy używający łuków i strzał, a Cekici to młotowładni, silni ale powolni i głupi.
A tak to bywa , że z głupimi się dobrze robi interesy , oczywiście na swoją korzyść.
*Dokładnie tak jak w realnym świecie*

- W lesie było piekło, 3 jeźdźców podążyło za nami. Ciągly ostrzał, ledwo co uszliśmy z życiem.
Szczególnie Ty. Jedna ze strzał w końcu trafiła moje zwierzę, z bólu zaczął się rzucać.Z trudem utrzymałem równowagę, a Ciebie wyrzuciło. Uderzyłeś w pobliskie drzewo z taką siłą. Dziw, że żyjesz. W pościgu było ciężko,ale na ziemi znam kilka sztuczek. Użyłem kilku bomb dymnych i udało mi się przenieść Cię w spokojne miejsce. 
Zbliża się noc, więc w tych lasach nie będą próbować Nas szukać.

W oddali rozległ się dźwięk wyjąch wilków. 

-To dopiero początek, odpoczywaj. Jutro ruszamy dalej. Muszę odebrać nagrodę za Ciebie.

poniedziałek, 2 listopada 2015

"Pogoń za ogniem"

Witam serdecznie,
Dziś, postanowiłem , że będę starał się codzień uszczknąć skrawka tajemnicy mojego opowiadania.
Staram się , żeby ciągle Was ciekawiło.
Mimo to, chciałbym Was uświadomić , że będę wkładał drobne kawałki podroździałów. Niż jeden ciężki kawał tekstu , przez który większość pewnie nie będzie chciała przebrnąć.
Jeżeli uważacie , że to dobry pomysł zostawcie komentarze, to bardzo mnie zmotywuje.
Jeżeli wręcz odwrotnie , również zostawcie swoje sugestie.
Pozdrawiam T.J

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Hmm...
Moje położenie i obecna sytuacja.

*Reasumujmy, nawet jest wygodnie jestem oparty o coś twardego czy jakąś ścianę,a na dodatek mam śmierdzący wór na głowie. Po prostu super.
Chociaż nie wiem czy lepiej tak czy widzieć te stwory. Na samą myśl czuję obrzydzenie.
Te łapska jednym ruchem skręciły by mi kark. Cud , że żyje !*

Nagle usłyszałem trzask
I rozległ się głos, tak ciężki i mroczny.

- Alarm , Alarm ! Do bro...

Jakiś świst i...
*I... ucichł , co tu się dzieje*
*Czy zabito posiadacza tego głosu ?*

Czekałem z niecierpliwieniem na rozwój sytuacji. Rozbłysła we mnie iskra nadziei, że moja sytuacja się zmieni.
Nie musiałem długo czekać. I niestety się zmieniła.

- Atakują z flanki.
- Cekici do ataku !

Rozbrzmiał dźwięk jakby z moździerza.

- Zabierzcie go do bazy , Yangin, to rozkaz ! 

Nagle rozległ się pisk jakiegoś zwierzęcia.
Poczułem wstrząsy ziemi, które coraz mocniej zbliżały się do mnie.
Pomyślałem, że zaraz zginę.
Jednym szarpnięcie i zrobiłem się niesamowicie lekki.
Czułem pęd przemieszczania się
*Chyba ucieka ze mną, tylko kto?*

Zacząłem oddalać się od miejsca prawdopodobnie pola bitwy.
Droga była wyboista, ciągle czułem zmiany mojego położenia.
Setki pytań w głowie:
*Kto z kim i po co walczyli. O mnie ? Gdzie jestem ? Gdzie uciekamy ? *

W pewnej chwili poczułem przenikliwy ból skroni
I zostałem oślepiony światłem.
Chyba wór został zestrzelony z mojej głowy.
*Krwawię, słabeusz ze mnie, znowu tracę świadomość*
Odpłynąłem...